100% Człowieka w Człowieku

Po tak parszywym dniu jak dzisiaj mam ochotę polecieć na inną planetę. A najlepiej, żeby to był Uran albo Neptun, skąd mogłabym z daleka obserwować, jakie dzikie harce mają miejsce na naszym globie. Czasem naprawdę jest mi wstyd, ze jestem człowiekiem. I dzisiaj jest mi wstyd. Tak przerażająco paląco-piekąco wstyd.

Niestety, loty międzyplanetarne nadal są dość drogie i mnie na nie nie stać to chociaż tutaj, na moim prywatnym internetowym poletku przemyśleń dam upust tej bezsilności
i zażenowaniu, jakie czuję, bo mam wrażenie, że obecnie Ziemia zaczęła kręcić się w drugą stronę i jak tak dalej pójdzie to zniknie życie z naszej planety.

Wczoraj lekarze przegrali walkę o życie Pawła Adamowicza, brutalnie ranionego przez nożownika na 27. Finale WOŚP. Bezapelacyjnie sprawa straszna, druzgocąca i tragiczna wobec której nie da się przejść obojętnie, dlatego też nie pozostało to bez echa i w mediach (nie tylko społecznościowych), gdzie powstała narracja #stopnienawiści.

Idea słuszna i chwalebna, ale metoda wykonania słaba. A to z kilku względów.

Politycy, celebryci, każdy obywatel naszego kraju poczuł się w obowiązku, by wyrazić swoje zdanie na ten temat. Często w tych wypowiadanych słowach nie było żadnego sensu, ale za to dużo przekonania, że kogokolwiek ta opinia interesuje.

Wydaje mi się, że to ani nie czas, ani nie miejsce na te wszystkie płomienne mowy, pełne patosu wzniosłe apele, polemiki i dywagacje na temat podziałów, zepsucia w narodzie, degrengolady społecznej i szeroko pojętego upadku ludzkości.
Może zamiast tych wszystkich wykrzykników i wielokropków w zajmowanych przez celebrytów stanowiskach lepiej byłoby zamilknąć? Tak po prostu, po ludzku. Czasem naprawdę słowa są zbędne. Może zamiast przepychać się słownie, szukać winnych
i wytykać palcami zwyczajnie zachowamy odrobinę pokory wobec tak wielkiej tragedii
i majestatu śmierci? Może lepiej byłoby pochylić głowę i poświęcić chwilę na refleksję
i rachunek własnego sumienia?

Jak łatwo szafować oskarżeniami, oceniać, być ekspertem w dziedzinie prawa i moralności. Teraz tutaj sami specjaliści do spraw nienawiści. Każdy widzi #zło, #nienawiść, ale tylko wśród innych, nie w sobie. Może warto byłoby zastanowić się nad sobą i swoim najbliższym otoczeniem?

Zewsząd apele o walkę z mową nienawiści, z podziałami społeczeństwa, wrogością. Czy tylko ja uważam, że to, co się dzieje, nie jest winą wydumanych podziałów? Czy tylko mi się wydaje, że nie ma żadnych podziałów, że tak naprawdę jesteśmy jednością ludzi, którzy
w gruncie rzeczy są dobrzy? Może jestem naiwna, ale głęboko wierzę, że nie ma wśród nas wielu osób, które cieszyły się z wydarzeń, jakie miały miejsce dwa dni temu, a jest jeszcze mniej, które byłyby zdolne do tak haniebnych czynów. Po prostu w każdym społeczeństwie (KAŻDYM, nie tylko polskim) są jednostki niereformowalne, a hasła o podziałach to czysty populizm, bo w końcu z takim wymyślonym wrogiem, ideą łatwiej walczyć niż z sobą samym.

Coś się na świecie ewidentnie popsuło. Tylko nie na poziomie społeczeństwa. Na poziomie elementarnej jednostki, która to społeczeństwo buduje. Innymi słowy – w nas.

Od dawna chciałam o tym napisać, nigdy jednak nie było wystarczającej motywacji, za to zawsze brakowało słów. Dzisiaj też brakuje, bo ostatnie wydarzenia mocno kopnęły mnie pod przeponą, pozbawiając tchu i rozstrajając emocjonalnie, ale wydaje mi się, że to dobry czas, by zastanowić się nad własnym postępowaniem.

Teraz, gdy kurz opadł, rozbrzmiały dzwony żałobne, a emocje trochę opadły nastał moment, by zrobić krótki rachunek sumienia. W ciszy. Samotnie. Odpowiedzieć sobie na pytanie czy jestem dobrym człowiekiem? Czy jestem dumny z tego, kim jestem? Czy sam jestem
w porządku na tyle, by móc wytykać innym błędy, szukać winnego i osądzać?

Nie jestem żadnym ekspertem w żadnej dziedzinie ani żadnym moralizatorem, ale wydaje mi się, że w człowieku jest obecnie mało człowieka. W pogoni za własnym (pseudo?)szczęściem, pieniędzmi, domem, luksusowym samochodem, nowymi butami zgubiliśmy gdzieś po drodze życzliwość i serdeczność.

Zdaję sobie sprawę, że piszę tylko piękne słowa bez pokrycia. Dlatego dam Ci bardzo
– przynajmniej według mnie – wymowny przykład.

Pochodzę z zabitej dechami wsi. Malutkiej, zaledwie 27 domów i dalej długo, długo nic. Niby centralna Polska, a tak naprawdę jedynie, co najwyżej, centralny koniec świata. Wszyscy doskonale się znają. Jasne, jak łatwo się domyślić, są to w większości ludzie słabo wykształceni, prości, ale jakoś chyba jeszcze nie lub przynajmniej mniej zepsuci. Może bez tytułów naukowych, bez osiągnięć high-tech, ale tam jest dużo człowieka w człowieku. Latem moja rodzina znalazła się w naprawdę trudnym położeniu, ojciec był poważnie chory
w szpitalu z niezbyt pomyślnym rokowaniem, ja przez nadmiar stresu i obowiązków zaniedbałam własne zdrowie tak, że samoistnie złamała mi się szyjka kości udowej.
W konsekwencji cały dom, obowiązki i gospodarstwo rolne moich rodziców spadło na barki mojej mamy. Dla tych, którzy nie wiedzą: lato na wsi jest najtrudniejszą porą roku – są żniwa i siana, generalnie mnóstwo pracy, głównie dla mężczyzny i to nie jednego. Sytuacja wyglądała kiepsko, bo i bez żniw, i bez sian pracy było ponad siły jednej, drobnej, również schorowanej kobiety. I co się stało? Ludzie z mojej wsi wcale nieproszeni, ani nawet niepytani o pomoc sami z siebie się zaangażowali, przyszli, pomogli i nie chcieli absolutnie nic w zamian. Nawet zwrotu kosztów, jakie ponieśli. Piękny gest z ich strony, budujący, przywracający wiarę w bezinteresowność i życzliwość.  Serce tak rośnie ze wzruszenia po takim akcie ludzkiej serdeczności, że człowiek może odfrunąć i bujać się wśród chmur. Jednak, jak to w życiu bywa – nie na długo i szybko mnie rzeczywistość sprowadziła na ziemię. Było to dość brutalne lądowanie.

Gdy wróciłam do wielkiego anonimowego miasta, ludzi wykształconych, elokwentnych, oczytanych,  inteligentnych pięknych i na każdej płaszczyźnie wspaniałych to okazywało się, że czasem nie było ich stać choćby na to, by przytrzymać mi drzwi, gdy tarabaniłam się
o kulach na zajęcia. A powiedzmy sobie szczerze: Czy to tak duże poświęcenie przepuścić kogoś w drzwiach, widząc, że ten ktoś ma problemy z chodzeniem? Jak się okazuje, najwyraźniej tak. I żeby była jasność – nie wszyscy i nie wszędzie. Nie chcę tu generalizować. Chcę za to zaznaczyć, że to tak naprawdę taki drobny gest, całkowicie darmowy, a jednak bezcenny.

W każdym razie – do czego zmierzam? Ano do tego, że może i mamy wyższe wykształcenia, ale zdecydowanie niższą kulturę osobistą i zerowy poziom empatii. Nie wiem czy to jakaś zaraźliwa choroba XXI wieku, ale to przerażające, że tak często widzimy samych siebie i własne potrzeby, a tak rzadko dostrzegamy potrzeby innych. Może gdybyśmy, tak dla odmiany, wlepili wzrok w drugiego człowieka zamiast w ekran smartphone’a, zamiast słuchać muzyki przez szczelnie chroniące przed otoczeniem słuchawki posłuchali, w drodze wyjątku, tego, co ma do powiedzenia osoba obok to może wtedy żadne marsze przeciwko nienawiści, żadne manifestacje ani apele nie byłyby potrzebne?
Może gdybyśmy wystartowali z tego elementarnego poziomu, jakim jest zwykła ludzka przyzwoitość to udałoby nam się połatać i pocerować dziury w człowieczeństwie i dostrzec
w ludziach po prostu ludzi, a nie tylko inne osobniki z gatunku homo sapiens sapiens?

Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o relacje interpersonalne. Nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Słuchamy, ale nie słyszymy. Często brakuje nam zwykłej chęci zrozumienia, za to chętnie przybieramy pozycję pasywno-agresywną. Sama dzisiaj doświadczyłam tego na własnej skórze. Niby zewsząd jesteśmy obecnie bombardowani tym, by hamować mowę nienawiści, agresję słowną, a jednak wciąż nie potrafimy się komunikować w grzecznej, jasnej formie. Startujemy z pozycji wyższości, jesteśmy (nie?)świadomie pasywnie agresywni i uszczypliwi. Po co to komu potrzebne? Mi było zwyczajnie przykro, że nawet wśród bliskich osób w grupie rówieśniczej są tacy, którzy przy każdej możliwej okazji próbują  atakować, sprawić, by człowiek poczuł się źle sam ze sobą. To cholernie przykre. I przerażające.

A tak niewiele trzeba, by zrobić komuś dzień dobry. Dlaczego teraz jak uśmiechniesz się do kogoś na ulicy to od razu pomyślą, że żeś upośledzony. Dlaczego jest wielkie zdziwienie, gdy powiesz pani kasjerce w Biedronce, że ma śliczne paznokcie/piękną fryzurę/ładny zegarek albo bariście w kawiarni, że robi najlepszą kawę pod słońcem? Dlaczego bycie zwyczajnie miłym jest obecnie uważane za nienormalność? Przecież to nic nie kosztuje,
a tak bardzo wzbogaca.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s