Na kolanach to najwyżej do Częstochowy, nigdzie więcej

Nie no, ja to chyba ten typ, co pisać musi, inaczej się udusi. Nic nie poradzę, że niewypowiedziane słowa stają w gardle i się udławić można. Ba, udusić się nawet też można. A to niezdrowo bardzo. Negatywnie na mózg wpływa. Dwa neurony i synapsa między nimi nie lubią krwi bez tlenu. Rozpływają się wtedy, bynajmniej nie z rozkoszy. Tak jak mi się ostatnio mózg niemal rozpłynął, a raczej rozgotował ze złości, gdy usłyszałam, że bezradność u kobiety jest fajna. NIE JEST. Nigdy nie była, nie jest i nie będzie. W dodatku ani u kobiety, ani u faceta, ani w ogóle u nikogo. Nie. Nie. Nie. I jeszcze raz nie. I muszę
z siebie wyrzucić, co o tym myślę, bo inaczej mi żyłka na czole (i oby tylko na czole) pęknie, a to by było mocno niewskazane. Tak więc oto ledwo siedząc i jeszcze ledwiej widząc (wirusowe zapalenie spojówek, wyglądam jak spuchnięty, doświadczony przemocą domową chomik po przedawkowaniu amfetaminy, od tygodnia NIE WIDZĘ poprawy i jakoś szybko jej NIE PRZEWIDUJĘ, szczególnie, że tak naprawdę to w ogóle NIEWIELE WIDZĘ) piszę sobie
o co w ogóle chodzi w całej tej miłości. Nie, żebym była jakimkolwiek ekspertem, ale
w zasadzie wydaje mi się, że całkiem nieźle mi ta zabawa w związek wychodzi i podobno
z boku wcale tak brzydko nawet nie wygląda. Poza tym hello, jestem Polką w końcu – to zobowiązuje, a więc jak się nie znam to się wypowiem.
A, i tak wiem, że czekacie na jakiś tekst o włosach – będzie kiedyś. Jak będą włosy to będę o włosach pisać. Na razie to wyszły i jeszcze nie wróciły. Jak wrócą to powitam je kwiecistym elaboratem. Albo odą. Może nawet sonetem. A tak serio, to jak trochę cudownie ozdrowieję (chyba prędzej moja matka zostanie prezydentem USA, ale przecież warto mieć marzenia) to coś napiszę, bo w zasadzie mam dużo do powiedzenia na temat mojej drogiej koleżanki Alopecii.

No, ale wracając do tematu przewodniego naszego dzisiejszego tu spotkania – miłość. Czym jest, to rozwodzić się nie zamierzam, bo skoro Adasiowi i Julkowi* w tym XIXw. nie udało się wyjaśnić, co to za zaraza, to mi tym bardziej też się nie uda, więc nawet nie będę próbować, co by się nie kompromitować bez potrzeby. Mam za to złotą zasadę, która w zasadzie mogłaby być ostatnim zdaniem w tym tekście, a i przy okazji najlepszym komentarzem:

Miłość nie może być na kolanach.

Nie, że cały czas. Nie może być na kolanach wcale, bo to potem kolana tylko bolą. I nie chodzi mi tu o siedzenie na kolanach. Nie, nie, nie. Chodzi o padanie na kolana przed kimś. Nie wolno. Niezdrowo. Grozi artretyzmem. Stawy potem skrzypią. A po co komu obolała, koślawa miłość? Miłość, która szybko zachoruje, zalegnie w bezruchu w łóżku i umrze? Ano nikomu. Więc po co ją świadomie zabijać? Poza tym miłość ma służyć nam na długie lata, nie na chwilę. Dlatego warto byłoby o nią zadbać, zawiązać szalik w chłodniejsze dni, a jak usiądzie na żołądku ( bo przecież i tak się czasem zdarza, prawda?) to dać jej kilka kropli żołądkowych, żeby szybko przetrawić konflikt.

Także ten, odradzam tę pozycję na kolanach. Serio są wygodniejsze pozycje. Ja ze swojej strony polecam na przykład stanie prosto naprzeciw partnera i od czasu do czasu popatrzenie na niego i jego potrzeby. Fajnie też od czasu do czasu stanąć obok siebie
i popatrzeć na coś razem, na przykład na przyszłość. Warto, naprawdę. A jeszcze bardziej warto jak się już tak stoi i patrzy w tę przyszłość to wziąć drugą osobę za rękę i zrobić kilka kroków naprzód w kierunku tej przyszłości. Mówię Wam, świetna zabawa. I na pewno lepsza niż to przeklęte klęczenie.
Ktoś zapyta – a o co chodzi z tym klękaniem, bo gadam i gadam o jakichś pozycjach i nic
z tego nie wynika.
Ano wynika. Wynika równość. Partnerzy muszą być sobie równi. I wcale nie chodzi tu
o wzrost, tylko o własne możliwości.  Jak słyszę, że któraś z kobiet jest taka bezradna, bezsilna i nie poradzi sobie bez faceta to krew mi w żyłach zawraca. Miejsce dziewczynek
z zapałkami jest w  baśniach Andersena, nie we współczesnym świecie. Serio uważasz, że mężczyzna potrzebuje małego przestraszonego zwierzaczka, któremu trzeba poświęcać każdą wolną chwilę i być na każde pisknięcie? Naprawdę sądzisz, że to fajniejsze niż posiadanie niezależnej, zaradnej partnerki, która potrafi zadbać o siebie samą, a co za tym idzie – w kryzysowej sytuacji będzie też potrafić zadbać o drugą stronę? Jaką gwarancję stabilności i zaradności może dać dziewczynka z zapałkami? Będzie szukać ratunku
u swojego faceta…? Oh crap, przecież to właśnie on potrzebuje wtedy pomocy. Co wtedy?

Mężczyźni też potrzebują oparcia. Też potrzebują świadomości, że w razie niespodziewanych wydarzeń mają na kogo liczyć.

Wcale nie kochają zołz. Kochają silne, niezależne, świadome kobiety, które wiedzą, kim są, znają swoją wartość i nie potrzebują potwierdzenia z zewnątrz, a szczególnie od mężczyzny swojej wyjątkowości, swojego piękna i niezwykłości. Tylko wtedy mężczyzna NIE MUSI wiecznie zaspokajać potrzeb kobiety, łaknącej nieustannie miłości, akceptacji, czułości, obecności, ALE MOŻE jej to dawać wszystko w wolności, bez przymusu.
Nie daje, bo musi. Daje, bo chce
.

Niesamowicie irytują mnie teksty typu: „ Ty jesteś częścią mnie, Ty mnie wypełniasz, nie umiem bez Ciebie żyć”. Nieprawda. Umiesz. A jak nie umiesz to się naucz.  Zdrowy związek to nie dwie potrzeby, uległości i pustki, które próbują się wzajemnie pouzupełniać. Prawdziwa miłość nie polega na wymuszeniu. Na tym, że ktoś czegoś rozpaczliwie potrzebuje, a my to musimy mu dać. Miłość polega na tym, ze spotykają się dwie totalnie wolne i niezależne osoby, które CHCĄ (a nie muszą) być wzajemnie dla siebie obdarowaniem.

Wyłącznie dwie samodzielne, spełnione, nie potrzebujące się bezwzględnie do życia  jednostki mogą stworzyć piękny, zdrowy i oparty o niewiarygodną miłość związek, bo tylko wtedy można się w wolności ofiarować w miłości.

Miłość nie znosi padać na kolana i klęczeć jak na pokucie. Albo na grochu. Bo miłość to ani nie pokuta, ani nie groch. Jasne, są związki, w którym mężczyzna jest z kobietą z „łaski”. Uległą, całą zwróconą w jego kierunku, całkowicie mu podporządkowaną, bo on miłosiernie daje jej pocieszenie, akceptację, bliskość. Karmi się jej potrzebami i pragnieniami,
a zaspakajając je czuje się turbo-ważnym, super-dobrym bohaterem. Uważa, że wyrządza jej wielką przysługę, że z nią w ogóle jest. A tak naprawdę zwyczajnie nie ma w sobie nic do zaoferowania, prócz wypełniania braków u swojej emocjonalnie wybrakowanej partnerki.
To fatalna kobieta, fatalny mężczyzna i beznadziejny związek. Nie idźcie tą drogą.

Ale halo, halo, ktoś się mógłby oburzyć i zakrzyknąć, że nie ma przecież już takich silnych kobiet i takich mężczyzn, pełnych pasji, żywiołowości, przygody, którzy potrafią zafascynować i pociągnąć kobietę. A ja mówię, że są. I to całkiem sporo. A że jest więcej tych z gatunku „fatalni” to też wina naszych czasów, bo mamy to, na co sami się godzimy. Skoro godzisz się na bylejakość, to właśnie to dostajesz. I nie tylko w wydaniu mebli z IKEI na jeden sezon, fastfoodu z przyulicznej budy, fast-love, byleby tylko love czy byle jakiej relacji z byle kim. Skoro jest popyt na bylejakość, to jest i podaż.

Więc jeśli chcesz trochę niezwykłości w swoim życiu to najpierw znajdź ją w sobie, później poszukaj jej w innych i na pewno nie zgadzaj się na bylejakość.

 

 

*Chodzi oczywiście o Adasia Mickiewicza i Julka Słowackiego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s