Bez w słoiku po musztardzie

Chyba się starzeję. Bo na starość się dziecinnieje, a ja patrzę na swój bez w słoiku po musztardzie i cieszę się jak dziecko, taka czysta radość wypełniająca każdą lukę
w przestrzeni zewnątrzkomórkowej mojego ciała.

Ten bez to znowu wcale nie jest taki byle-jaki bez. To całkiem wyjątkowy bez. A to dlatego, że zdobyczny – 3 dzielnice miasta przeszłam, by go zdobyć. Nigdzie nie było (swoją drogą skandal! Wycięto mój ukochany jaśmin, bzu nie było, akacja jakaś chyba z  promocji
w wielkim markecie natury, bo nie pachnie tak jak powinna, no naprawdę czuję się rozczarowana!), aż w końcu, zdesperowana, musiałam posunąć się do tak dramatycznego kroku, jakim była kradzież jednej gałązki z krzaka rosnącego tuż przy czyimś płocie. Mam nadzieję, że za takie przewinienie nie jest się grillowanym na wolnym ogniu przez króla piekieł. Jeśli tak, to mam przegwizdane – pewnie już się węgiel żarzy, by mnie upiec, ale, Wysoki Sądzie, NIE ŻAŁUJĘ NICZEGO. Ta radość była warta tej zbrodni NIEMAL doskonałej (a to dlatego, że jak łamałam prawo i dobre obyczaje to właściciel posesji właśnie parkował przed bramą). Z siekierą nie gonił, więc może, jak przyjdzie co do czego, to
i naczelny kucharz piekła będzie łaskawy. W każdym razie – jak wracałam ze spaceru to cieszyłam się jak głupi do sera, taką uciechę sprawił mi mdły zapach trochę już przekwitłego bzu. A to z dwóch, równie ważnych powodów.

Po pierwsze – od dwóch lat maj jest moim ulubionym miesiącem, czekam na niego bardziej niż na Gwiazdkę. W 2016 roku wreszcie zrozumiałam zachwyt wokalistki Varius Manx faktem, że „a wtedy przyszedł maj”. Bo do mnie wtedy też przyszedł. I gdyby nie to, że ta piosenka powstała w 2001 roku to zaklinałabym na wszystkie świętości, że to ja jestem bohaterką utworu. A może to proroctwo? Wiem, że dwa lata temu o tej porze biegałam po parku, słuchałam tej piosenki, zachwycałam się kwitnącym jaśminem, bzem, kasztanami
i akacją. I to wszystko kwitło też we mnie. Nigdy nie pomyślałabym, że takie drobnostki będą mnie tak cieszyć. Takie niby-nic, a dawało najwięcej radości, przygłupi uśmiech nie znikał
z twarzy przez cały czas. I teraz też nie znika. Choć zakochanie już minęło, żadne uskrzydlone owady nie latają już między żołądkiem, a dwunastnicą, to radość została. Co prawda, nie mam już takiej emocjonalnej biegunki jak dwa lata temu, ale duszny zapach majowych chwastów sprawia, że czuję namiastkę tego, co wtedy. I jest nawet lepiej. Bo ten mój wewnętrzny, emocjonalny bez jest już całkiem sporym krzakiem, mocno osadzonym
w ziemi, dobrze ukorzenionym i zadbanym. Bo oboje z M. dbamy o to, by ziemia pod nim była zawsze żyzna, dobrze nawożona i podlana. Tacy z nas emocjonalni rolnicy.
Jest nawet lepiej, bo w przeciwieństwie do maja dwa lata temu, teraz moja radość nie jest podszyta strachem i niepewnością. Teraz mam prawie pewną pewność tych uczuć. I jego,
i moich.

Kocham maj. To naprawdę najpiękniejszy miesiąc w roku. Jeszcze się nie skończył, a ja już
z utęsknieniem czekam na kolejny. W tej sytuacji najlepiej by było, by trwał nie 31 dni, a 365. Mogłabym wtedy tak dziecinnie cieszyć się przez cały rok.

 

Po drugie – choroba zmienia priorytety. Dewaluuje to, co było niegdyś wartościowe, nadaje znaczenia rzeczom uprzednio bez znaczenia. Nigdy nie pomyślałabym, że jakiś tam przyschnięty badyl będzie mnie cieszył. Należałam zawsze raczej do osób, które ciężko było czymkolwiek zachwycić, a już na pewno nie kawałkiem patyka z kwiatostanem. Byłam typowym grumpy-catem. Teraz cieszą mnie drobnostki, to właśnie w nich odnajduję najwięcej szczęścia. I tutaj muszę tym razem przybić piątkę Sylwii Grzeszczak, która kilka lat temu apelowała, by „cieszyć się z małych rzeczy, bo klucz do szczęścia w nich zapisany jest”. Jak wszystkie rozgłośnie radiowe męczyły moje uszy tą piosenką to raczej zastanawiałam się, gdzie pani piosenkarka zostawiła swój rozum. W końcu logika nakazuje mieć małą radość z małych rzeczy, a z dużych dużą. Tak myślałam. A tu psikus, bo pani Grzeszczak ma trochę racji. A nawet sporo.
Może to kwestia tego, że dostałam od życia niezłego kopa w tyłek, siniaki po ostatnim do tej pory się jeszcze nie zagoiły, ale teraz jakoś trawa wydaje mi się bardziej zielona, słońce bardziej żółte, powietrze bardziej wysycone tlenem. No wszystko, co mnie otacza wydaje się jakieś piękniejsze. Dzisiaj nawet koncert żab w parku miał jakiś swój urok, a pewnie rok temu tylko by mnie irytował. Naprawdę, piękno tkwi w prostocie. I czerpanie radości też. Chociaż to chyba też kwestia umiejętności dostrzegania tych niewielkich powodów do uśmiechu. Kiedyś to i na Malediwach byłoby mi źle i brzydko, dzisiaj odrobina zieleni w miejskim, betonowym lesie wypełnia mnie błogim spokojem i zadowoleniem.
Takie niskobudżetowe szczęście. Idylla w wersji ekonomicznej.

Naprawdę, każdego, nawet najbiedniejszego, na nie stać. Polecam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s